Rok A 2025 – 2026
Czytelnia > Homilie ks. Bulińskiego
II Niedziela Adwentu, Rok A
07.12.2025 r.
Nawróćcie się, bo nadchodzi królestwo niebieskie (Mt 3,1)
Jan Chrzciciel to ostatni prorok, który zapowiadał przyjście Mesjasza. Ewangelia dzisiejsza pokazuje go na Pustyni Judzkiej, gdzie nauczając, wzywa do nawrócenia.
Najczęściej, gdy słyszymy wezwanie do nawrócenia, uważamy, że skierowane jest ono tylko do niewierzących. Gdy zaś człowiek niewierzący przyjmie wiarę, mówimy, że się nawrócił.
W historii zdarzały się nagłe nawrócenia. Takie nawrócenie przeżył św. Paweł pod Damaszkiem. Św. Paweł, zwany Szawłem, był gorliwym faryzeuszem, wykształconym w prawie, ale i zdecydowanym przeciwnikiem pierwszych chrześcijan.
Udał się do Damaszku, by tam prześladować chrześcijan. Wjeżdżając do miasta, oślepiła go niezwykła światłość. Po czym upadł na ziemię i usłyszał głos: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Szaweł zapytał: Kim jesteś, Panie? Głos odpowiedział: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. W tym momencie doznał natychmiastowego nawrócenia.
W naszych czasach jednym z bardziej znanych nawróconych na katolicyzm, jest francuski dziennikarz i pisarz, André Frossard (1915 – 1995). Ojciec jego był jednym z twórców komunizm we Francji. Syna wychowywał w duch ateistycznym i antyklerykalnym. André nie był ochrzczony, nie znał modlitw. Nie miał absolutnie żadnego kontaktu z religią.
Dokładnie 8 czerwca 1935 r. znajomy zaprosił 20-letniego André na przejażdżkę po Paryżu. Przejeżdżając koło kaplicy Najświętszego Sakramentu, wstąpił do niej. Frossard z grzeczności czekał na niego przed wejściem. Po chwili, trochę z nudów, postanowił wejść do środka. Doznał tam wówczas nawrócenia.
Kiedy wyszedł, powiedział: Nie wszedłem tam w poszukiwaniu Boga, nie było we mnie żadnego niepokoju religijnego. Wszedłem do kaplicy jako sceptyk, a wyszedłem jako katolik, całkowicie zdumiony tym, co się wydarzyło.
Jan Chrzciciel jednak nie musiał nawracać swoich słuchaczy, bowiem Żydzi, do których przemawiał, byli głęboko wierzący. Mimo to jednak wzywał ich do nawrócenia.
Na czym ono miało polegać?
Nim odpowiemy sobie na to pytanie, wpierw wyobraźmy sobie, że jesteśmy w górach. Zamierzamy udać się do schroniska. Siadamy, otwieramy mapę i szukamy odpowiedniej trasy. Następnie ruszamy w drogę. Załóżmy, że w drodze, pytamy spotkanych turystów, jak daleko jeszcze do schroniska. Słyszymy odpowiedź: Ta droga tam nie prowadzi. Musicie nawrócić i udać się w przeciwnym kierunku. W końcu, wchodzimy na właściwą drogę i docieramy do wybranego celu.
Coś podobnego może zdarzyć się nam i w codziennym życiu. Człowiek bowiem czasami wchodzi i na złą drogę. Może to być droga kłamstwa, nienawiści, droga lenistwa, pychy, czy też inna.
By jednak zejść z niej i wrócić na właściwą, trzeba nie tylko dostrzec zło, które zaprowadziło nas na złą drogę, ale również je usunąć, a w miejsce zła wprowadzić dobro.
Toteż ten, kto szedł drogą kłamstwa, powinien wejść drogę prawdy, kto kroczył drogą nienawiści, powinien wstąpić na drogę miłości, a człowiek leniwy, podążyć drogą pracowitości.
Na tym właśnie polega nawrócenie, którego domaga się Jan Chrzciciel.
Ania ma 36 lat, jest matką dwójki dzieci, pracuje zdalnie. W czasie Adwentu postanawia, okazać więcej serca i cierpliwości dzieciom i mężowi.
Wpierw jednak udaje się do spowiedzi. Wie, że, przyjmując ten sakrament, otrzyma nie tylko rozgrzeszenie, ale i łaskę sakramentalną, czyli pomoc, do tego, by nie poddawać się złu.
Kolejnego dnia wstaje zmęczona, wieczorem bowiem do późna pracowała. Nie ma na nic ochoty. Zmusza się jednak do krótkiej modlitwy. Mówi: Panie Boże, prowadź mnie przez dzień cały. Co prawda, nie czuję entuzjazmu, ale chcę być blisko Ciebie. Proszę Cię, bądź przy mnie i wspieraj mnie.
Nie mniej jednak w ciągu tygodnia nadal nic się nie zmienia. Dzieci ją denerwują, praca stresuje. Coraz częściej podnosi głos. W końcu dostrzega, że przez tydzień, który minął od spowiedzi, jej relacje z rodziną nie polepszyły się.
W końcu wycisza się, mówiąc: Przepraszam Cię Jezu. Znowu nie dotrzymałam słowa. Obiecuję jednak, że w kolejnym tygodniu okażę najbliższym więcej cierpliwości.
Mija kolejny tydzień. Ponownie robi rachunek sumienia. Widzi, co prawda, że w jej życiu jeszcze były momenty złości i niecierpliwości, ale i były chwile, w których pojawiło się ciepło, miłość, zrozumienie i cierpliwość. Postanawia więc trwać nadal na drodze nawrócenia.
Moi Drodzy!
Dzisiaj, w II niedzielę Adwentu, Jan Chrzciciel wzywa i nas do nawrócenia.
Zatem, w tym szczególnym czasie, tak, jak Anna, wejdźmy na drogę nawrócenia. Tak, jak ona, my również przystąpmy do spowiedzi, a postanowienie poprawy, które zrodzi się podczas niej, uczyńmy również naszym postanowieniem adwentowym. Dzięki temu będziemy mieli mocniejszą motywację do pracy nad doskonaleniem siebie.
Gdy zaś dostrzeżemy zło, które wprowadziło nas na złą drogę, porzucimy je, a na to miejsce wprowadzimy dobro. Czyli tam, gdzie było kłamstwo, wprowadźmy prawdę. Zaś, gdzie pojawiła się nienawiść, wejdźmy na drogę miłości, a gdy kroczyliśmy drogą niezgody, wejdźmy na drogę pojednania.
Przede wszystkim jednak, codziennie, podczas modlitwy wieczornej, róbmy rachunek sumienia. Uchroni to nas przed zejściem z dobrej drogi.
IV Niedziela Adwentu, Rok A
21.12.2025 r.
Dzisiaj już IV niedziela Adwentu. Wielkimi krokami zbliżamy się do świat Bożego Narodzenia. Czekając na nie, robimy porządki, poszukujemy prezenty, dekorujemy mieszkania, domy i obejścia, a także przygotowujemy potrawy wigilijne i świąteczne.
Gdy jednak skupimy się na zewnętrznych przygotowaniach, wówczas łatwo zapomnieć, że prawdziwa radość Bożego Narodzenia nie płynie z rzeczy, lecz z obecności Jezusa w sercu. Istota tych świat przecież jest niezwykle prosta. Bóg, przychodzący w pokorze, ubóstwie i w ciszy, chce zamieszkać w naszych sercach.
Można zatem mieć bardzo skromne święta, a przeżyć je głęboko. Ale i można mieć piękną choinkę, bogato zastawiony stół i pozostać wewnętrznie pustym. Stanie się tak, gdy Jezus nie narodzi się w naszych sercach. Wówczas mimo, że będziemy śpiewać: Bóg się rodzi, zabraknie głównego bohatera świąt, Jezusa.
Tę prawdę pięknie wyraził nasz wieszcz, Adam Mickiewicz, w słowach: Jezus narodził się w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, gdy nie narodził się w tobie.
Znalazłem poruszający wiersz zatytułowany: Przyszedłem do was. Posłuchajmy go. Mam nadzieję, że jego słowa otworzą Jezusowi niejedno serce.
Przyszedłem do was
w nocy cichszej, niż szept modlitwy.
Nie wybrałem marmurów, ani tronów.
Wybrałem stajnię, zimną i ubogą,
bo chciałem, by każdy — absolutnie każdy —
mógł podejść do Mnie bez lęku.
Stałem się Dzieckiem,
aby nikt nie bał się Mojej wielkości.
Nie wybrałem marmurów, ani tronów.
Wybrałem stajnię, zimną i ubogą,
bo chciałem, by każdy — absolutnie każdy —
mógł podejść do Mnie bez lęku.
Stałem się Dzieckiem,
aby nikt nie bał się Mojej wielkości.
Jednak, kiedy przychodzę,
przechodzicie obok Mnie tak,
jakby Mnie nie było
jakby Mnie nie było
Byłem blisko was…
Byłem w spojrzeniu człowieka,
które wołało o chwilę troski.
Byłem w dłoni wyciągniętej po odrobinę dobroci.
Byłem w samotności, której nikt nie chciał zauważyć.
które wołało o chwilę troski.
Byłem w dłoni wyciągniętej po odrobinę dobroci.
Byłem w samotności, której nikt nie chciał zauważyć.
Byłem w cierpieniu, które potrzebowało obecności.
Wielokrotnie przemierzałem wasze drogi,
ukryty w drugim człowieku,
ukryty w drugim człowieku,
Jednak, nie zostałem zauważony.
Przyszedłem z Miłością…
Miłością wierniejszą niż Jezusowi wschód słońca.
Miłością, która tyle razy była odrzucona,
a mimo to wciąż wracała.
Miłością, która tyle razy była odrzucona,
a mimo to wciąż wracała.
Tymczasem, nie ma miejsca dla Mnie,
brakuje również ciszy,
w której mógłbym przemówić.
brakuje również ciszy,
w której mógłbym przemówić.
Wiele razy słyszę:
Poczekaj, Jezu… jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie jestem gotowy.
Muszę przecież się poprawić.
Muszę być godny.
Jeszcze nie jestem gotowy.
Muszę przecież się poprawić.
Muszę być godny.
Nie szukam jednak doskonałości.
Nie przychodzę do was tylko wtedy,
gdy jesteście idealni,
gdy jesteście idealni,
ale wtedy, gdy jesteście spragnieni.
Po prostu przychodzę, bo was kocham.
Szukam tylko prawdziwych serc,
które mają odwagę dać Mi choć odrobinę miejsca,
choćby mały, ubogi kącik,
jak w betlejemskiej grocie.
choćby mały, ubogi kącik,
jak w betlejemskiej grocie.
Odchodzę,
gdy zamknięte drzwi serca nie pozwalają Mi wejść.
gdy zamknięte drzwi serca nie pozwalają Mi wejść.
Nie odchodzę jednak z wyrzutem.
Nie zostawiam za sobą gniewu.
Zostawiam tęsknotę.
Głęboką, jak noc betlejemska,
cierpliwą jak Miłość.
Tęsknotę która czeka.
Czeka uparcie.
Czeka cierpliwie.
Czeka, bo wierzy,
że przyjdzie taki dzień,
taka chwila,
taki moment,
że usłyszycie Moje pukanie.
Nie zostawiam za sobą gniewu.
Zostawiam tęsknotę.
Głęboką, jak noc betlejemska,
cierpliwą jak Miłość.
Tęsknotę która czeka.
Czeka uparcie.
Czeka cierpliwie.
Czeka, bo wierzy,
że przyjdzie taki dzień,
taka chwila,
taki moment,
że usłyszycie Moje pukanie.
Przychodzę codziennie
w drugim człowieku.
W Eucharystii.
W Słowie, które daje nadzieję.
W modlitewnej ciszy.
w drugim człowieku.
W Eucharystii.
W Słowie, które daje nadzieję.
W modlitewnej ciszy.
I wciąż wierzę,
że znajdzie się choć mały kąt w waszym sercu —
nie idealny,
nie doskonały…
Po prostu szczery.
A wtedy narodzę się na nowo.
Dla ciebie.
Na zawsze.
że znajdzie się choć mały kąt w waszym sercu —
nie idealny,
nie doskonały…
Po prostu szczery.
A wtedy narodzę się na nowo.
Dla ciebie.
Na zawsze.
Wciąż jednak proszę…
nie o doskonałość,
lecz o miejsce,
lecz o miejsce,
choćby małe,
choćby ubogie,
choćby ubogie,
choćby tam,
gdzie człowiek zrobi Mi odrobinę przestrzeni.
Drogie Siostry i Bracia,
w tym świętym czasie oczekiwania
Jezus stoi u drzwi naszego serca
i cicho kołacze.
Nie żąda — prosi.
Nie narzuca się — czeka.
Nie osądza — kocha.
w tym świętym czasie oczekiwania
Jezus stoi u drzwi naszego serca
i cicho kołacze.
Nie żąda — prosi.
Nie narzuca się — czeka.
Nie osądza — kocha.
Czeka ciągle na jedno tylko słowo:
Wejdź Jezu.
Jezus, jak przyszedł na świat w ludzkim ciele, tak też gotowy jest przyjść do nas w każdej chwili i o każdej godzinie. Toteż, zaprośmy Go, aby zamieszkał w nas, ale i w naszych rodzinach i darzył nas łaską.
Co jednak mają robić ci, którzy przez nieroztropne decyzje, a często skrzywdzeni przez drugiego człowieka, nie mogą przystąpić do Komunii św.?
Powinni trwać przy Chrystusie, klękać do modlitwy, uczestniczyć we Mszach św., a przede wszystkim w życiu codziennym kroczyć drogą miłości.
Dobrze byłoby, gdyby tak, jak ks. Dolindo Ruotolo, włoski kapłan i mistyk, modlili się słowami: Jezu, Ty się tym zajmij!
Zatem, niech zawierzą Bogu zgodnie ze słowami Psalmu: Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma (Ps 55,23). Niech oddadzą kontrolę nad sytuacją, której sami nie potrafią rozwiązać. Nie chodzi o ucieczkę od odpowiedzialności, lecz o uznanie, że Bóg widzi więcej i działa mądrzej, niż potrafimy sobie wyobrazić.
Na zakończenie zapytam, czy przyjmiesz Jezusa? Czy zaprosisz Go do swego serca?
Nowy Rok 2026
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Stara legenda opowiada o bardzo bogatym, ale i skąpym rycerzu. Mieszkał w pięknym zamku. Pewnego dnia przyszedł do niego ubogi pielgrzym i prosił o nocleg. Rycerz wyprosił go, mówiąc krótko: To nie jest zajazd.
Pielgrzym nie zraził się. Zwracając się do rycerza, powiedział: Zadam ci trzy pytania i pójdę sobie. Rycerz zgodził się.
Kto przed tobą mieszkał w tym zamku? Mój ojciec. A kto przed ojcem? Mój dziadek. A, kto po tobie będzie mieszkał? Jeżeli Pan Bóg pozwoli to mój syn.
Zobacz, twój ojciec, jak i dziadek, mieszkali tu przez określony czas. Z tobą będzie podobnie. Po tobie zaś zamieszka tu twój syn. Zatem, jesteś tutaj gościem. Zamek zaś, w którym mieszkasz, w pewnym sensie jest zajazdem. Odchodząc z tego świata, opuścisz go. A wówczas staniesz przed Bogiem, by zdać sprawę ze swego życia. Bóg wówczas zadecyduje i to nie o kilkunastu, czy kilkudziesięciu latach twego życia, ale o twojej wieczności.
Rycerz wziął sobie te słowa do serca. Przenocował pielgrzyma. Od tego czasu starał się pomagać ubogim.
To tylko legenda. Ma ona jednak głęboki morał.
Są chwile, które skłaniają człowieka do głębszej refleksji. Często taka chwila rodzi postanowienie, które nieraz zmienia diametralnie życie człowieka.
Nie jeden z was z pewnością przeżył coś takiego. Również w moim życiu przeżyłem taki moment. Było to prawie 40 lat temu, dokładnie 11 czerwca 1987 r. W tym dniu Jan Paweł II miał przyjechać do Gdyni. Wcześnie rano, wyruszyłem wraz z parafianami na to spotkanie. W drodze pojawiła się myśl, by tak historyczne wydarzenie upamiętnić konkretnym postanowieniem. Wówczas zdecydowałem, że rzucę palenie papierosów. Dotychczas próbowałem wiele razy pozbyć się tego nałogu, lecz bezskutecznie. Tym razem udało się.
Moi Drodzy!
Wczoraj pożegnaliśmy Stary Rok. Rozpoczynamy nowy. Dzień 1 stycznia, to taki dzień, w którym wielu robi postanowienia. Warto i w tym roku tak postąpić.
W dzisiejszych czasach mało jest życzliwości. Z roku na rok narasta obojętność, znieczulica, jednym słowem niewrażliwość. Podczas kolędy, mogłem to często zaobserwować. Nawiedzając domy, spotykałem osoby, którym dokuczała samotność. Niestety, byli i tacy, na szczęście nieliczni, których nie odwiedzały nawet własne dzieci.
Podczas kolędy, nawiedzając samotnych, najczęściej informowałem, że w parafii jest Akcja Katolickiej, a w niej prężnie działająca sekcja charytatywna. Członkowie tej sekcji wspierają chorych, potrzebujących, samotnych i starszych.
Zaś tym, którzy byli sprawni, mówiłem, że sekcja charytatywna Akcji Katolickiej potrzebuje nowych sił, nowych członków. Prosiłem, by przyszli pomóc, bowiem wyjście z domu, pomoc udzielona potrzebującym, krótko mówiąc otwarcie serca, to najlepsze lekarstwo na samotność.
Zgodziły się jedynie dwie osoby. Niestety, znieczulica głęboko zakorzeniła się także w sercach ludzi samotnych. Po kilku tygodniach, na twarzach tych dwojga, można był zobaczyć uśmiech. Po prostu promieniowali optymizmem i radością.
Wówczas przekonałem się, że w słowach Jezusa: Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu (Dz. Ap. 20/35), jest wiele, wiele mądrości.
Bł. Stefan kardynał Wyszyński pięknie powiedział: Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy okazać ludziom serca, bliskości, współczucia, dobroci...
Słowa te niech zrodzą w naszych sercach postanowienie noworoczne. Zatem postanówmy, że przez cały rok 2025 będziemy okazywać ludziom bliskość, współczucie, dobroć, krótko mówiąc jak najszerzej rozumianą życzliwość. W takim postanowieni niech również utwierdzą nas słowa św. Grzegorza Wielkiego: Zabierz ludziom życzliwość to tak, jakbyś zabrał im słońce.
Zatem postanówmy, że przez cały rok nie tylko będziemy koncentrować się na swoich problemach i potrzebach, ale i zatroszczymy się o samotnych. Wówczas w naszych sercach zagości pokój, radość i szczęście, bo więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu.
Toteż rozejrzyjmy się wokół siebie. Nie daleko nas są z pewnością samotni, chorzy, nieszczęśliwi, po prostu potrzebujący. Odwiedźmy ich, dajmy im swój czas, swoją obecność, uśmiech i życzliwość. Przez cały rok 2026 miejmy przed oczami słowa św. Grzegorza Wielkiego: Zabierz ludziom życzliwość to tak, jakbyś zabrał im słońce.
Idźmy zatem przez 2026 r. z życzliwością w sercu, ale i na ustach, a przede wszystkim w ramionach.
Święto Objawienia Pańskiego
6 stycznia 2026 r., Rok A
Mędrcy, gdy zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją, upadli na twarz, oddali Mu pokłon i ofiarowali dary. Otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny (Mt 2,11-12).
Jezus narodził się w betlejemskim żłobie, z dala od pałaców, a nawet od ludzkich osiedli. Mimo to wieść o Jego narodzeniu rozeszła się po całej ziemi.
Jako pierwsi dowiedzieli się o Jezusie pasterze. Oznajmił im o Nim anioł. Wieść ta dotarła również do Mędrców, mieszkających w dalekim kraju. Do groty betlejemskiej przyprowadziła ich Gwiazda.
Nie wiemy, co to za Gwiazda. Nie wiemy również w jaki sposób skłoniła Mędrców do wyruszenia w daleką drogę do Betlejem.
Wiem jednak, że Mędrcy, gdy ją ujrzeli, wyruszyli bez wahania w kierunku Jerozolimy. Wiemy również, że Gwiazda przyprowadziła ich dokładnie do Betlejem.
Gdy przybyli do groty pasterskiej, oddali Jezusowi pokłon i złożyli dary: złoto, kadzidło i mirrę. Św. Leon Wielki, a także św. Ireneusz, byli zdania, że Mędrcy, ofiarując Jezusowi złoto, uznali Go za Króla, a darując kadzidło, za Boga, natomiast składając w darze mirrę, uznali Go za Zbawiciela. Mirra z zasady służyła do namaszczenia zmarłych. Zatem, dar ten był niejako zapowiedzią przyszłego pogrzebu Jezusa.
Potem inną drogą udali się do ojczyzny (Mt 2,12). Drogę tę wyznaczył Bóg. Zaś anioł jedynie o niej ich poinformował. Nie chodziło jednak tylko o zmianę trasy. Zmiana dokonała się w ich sercach.
Mędrcy, jako poganie, czyli ludzie z poza narodu żydowskiego, rozpoznali w Jezusie Mesjasza i Syna Bożego. Tę wyjątkową nowinę zanieśli do krajów pogańskich. Tym samym Jezus objawił się całemu światu, a nie tylko Izraelowi. Dlatego święto dzisiejsze nazywamy Świętem Objawienia Pańskiego.
Niejeden z nas może powie, Mędrcy znaleźli się w wyjątkowo komfortowym położeniu. Gwiazda bowiem doprowadziła ich do Jezusa. My natomiast nie mamy takiego wsparcia.
Czy rzeczywiście jesteśmy zdani tylko na siebie?
W każdym katolickim kościele, dokładnie w jego centralnym miejscu, pali się czerwona lampka, zwaną „wieczną lampkę”. Lampka ta, jak gwiazda betlejemska, wskazuje, że w tabernakulum jest obecny w Najświętszym Sakramencie Jezus. Toteż, w każdym katolickim kościele, na całym świecie, klękając przed tabernakulum, klękamy przed Jezusem.
Wierzymy, że Jezusa jest obecny w tabernakulum. Nie jeden może jednak zapytać, czy również Jezus powie nam, jak anioł Mędrcom, jaką drogą powinniśmy kroczyć przez życie?
Jezus nie musi posyłać anioła. On sam mówi do nas we Mszy św., dokładnie podczas Liturgii Słowa. Przecież w Ewangelii są spisane Jego słowa.
Pewien człowiek wracał z pracy do domu zawsze tą samą drogą. Na jednej z ławek siedział starszy mężczyzna. Zawsze milczący. Mijał go przez cały tydzień. W niedzielę, uczestnicząc we Mszy św., usłyszał słowa Ewangelii: Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić (Mt 23,42). Wówczas postanowił, jeżeli ponownie spotka tego mężczyznę, zatrzyma się przy nim.
Następnego dnia zobaczył go i rzeczywiście zatrzymał się przy nim. Usiadł obok. Zapytał, czy czegoś potrzebuje. Kupił herbatę. I porozmawiał z nim.
Zapewne, człowiek ten znał już przedtem powyższe słowa Jezusa. My również je znamy. Jednak, gdy przejął się nimi, a konkretnie, gdy postąpił zgodnie z nimi, wówczas dopiero wszedł na drogę, którą wskazał mu Jezus.
Z Jezusem spotykamy się nie tylko podczas słuchania Słowa Bożego. W szczególny sposób spotykamy Go w Komunii św. Jednak przyjęcie Komunii św. nie może być tylko, rutynowo dokonującym się rytuałem podczas Mszy św.
Świadomi tego, że mamy Jezusa w sercu, powinniśmy zanieść Go także do swego domu, sąsiedztwa, ale i miejsca pracy. A wniesiemy Go, jeżeli pojawimy się tam z sercem przepełnionym miłością. Wnosząc bowiem miłość do swego środowiska, wnosimy również Jezusa.
Załóżmy, że wracamy do domu, w którym niezgoda podzieliła rodzinę. Wówczas, wnosząc tam odrobinę miłości, zainicjujemy pojednanie i pokój.
Z Jezusem spotykamy się również podczas modlitwy. A modlitwa jest rozmową z Bogiem. Rozmawiając zaś, nie tylko mówimy, ale i słuchamy drugiej strony. Zatem, w czasie modlitwy nie tylko „zagadujmy” słowami Jezusa, ale i wsłuchujmy się w natchnienia, które nam śle.
Leon XIV powiedział, że Bogu nie podobają się modlitwy, które nie rodzą miłości do braci. Zatem, niech każde spotkanie z Jezusem na modlitwie, podczas słuchania Słowa Bożego, czy przyjmowania Komunii św. rodzi w naszych sercach życzliwość. Miejmy tego świadomość.
Czy spotkania z Jezusem napełniają moje serce miłością? Czy dzięki modlitwie, uczestnictwu we Mszy św., jak i przyjęciu Komunii św., staję się lepszy? Czy spotkania z Jezusem wprowadzają mnie na drogę miłości?